Pierwotnie opowiadanie zostało opublikowane w Fahrenheicie nr 33, grudzień 2003, tam też można obejrzeć ilustracje Piotra Zwierzchowskiego
Opowiadanie należy do cyklu o smoczycy Pasi
Księżniczka siedziała na parapecie wąskiego okna wieży. Znudzonym wzrokiem wodziła po doskonale znanym krajobrazie. Wciąż te same pola, lasy i smętne bajora topniejącego śniegu. Dzisiaj słoneczko przygrzewało już nieco mocniej, jakby właśnie się dowiedziało, że najwyższy czas na przedwiośnie, i postanowiło nadrobić wszystkie poprzednie zaniedbania.
Księżniczka ziewnęła. Poprawiła tradycyjny hennin w kształcie wysokiego stożka, z ciągnącym się niemiłosiernie, muślinowym welonem, który zawsze o wszystko zawadzał i darł się przy byle okazji.
– Pomocy, pomocy – obwieściła beznamiętnym tonem, bardziej z poczucia obowiązku niż rzeczywistej nadziei na wsparcie. – Ratunku.
– Cicho tam – powiedział strażnik, również trzymając się obowiązującej konwencji.
Siedział po turecku na wyleniałej trawie pod wieżą, wystawiając twarz na ożywcze promienie słońca. Położył włócznię na skrzyżowanych kolanach, oparł się rękami o rozmiękłą ziemię. W zębach zgryzał jakieś źdźbło niewiadomego pochodzenia.
Księżniczka wychyliła się z okna i z bezbłędnym wyczuciem napluła mu na sam środek hełmu.
– A masz – stwierdziła. – Kacie, oprawco.
Strażnik się nie przejął.
– Eee tam. Wielkie mi co. Jak mi hełm zardzewieje, książę pan kupi mi nowy. Nie masz co się wysilać.
Westchnęli oboje. Rzeczywiście, w ogóle nie było się po co wysilać.
Powiało tradycyjnym wczesnowiosennym chłodem. Strażnik wstał, przeciągnął się. Podszedł do wieży, otworzył małe, kamienne drzwiczki i zniknął we wnętrzu ciemnej izdebki.
Księżniczka westchnęła raz jeszcze, zrezygnowana. Rozejrzała się po ospałej, zastygłej w bezruchu okolicy. Nic się nie działo, absolutnie nic.
Po chwili strażnik wyszedł, opatulony grubym kocem. Popatrzyła na niego z zazdrością. Takiemu to dobrze, koc fajna rzecz… Też by się tak zawinęła, ale jej nie wypadało. Wiało w tej wieży jak cholera, a ona nic, tylko te muśliny i batysty, musi być przecież zwiewna i powiewna. Pociągnęła nosem. No tak, kolejny katar.
Strażnik zapatrzył się gdzieś w pole.
– Oo… – powiedział sennie. – Znowu jedzie. Jakieś coś.
Księżniczka wbiła wzrok w dal. Dostrzegła mikroskopijną kropkę na horyzoncie.
– Aha – potwierdziła. – Ale może to nie do mnie… – pocieszyła się złudnie.
– Daj spokój – zrugał ją strażnik. – Ile chcesz tu siedzieć, co? Lata lecą, a ty ciągle w tej wieży. Inne w twoim wieku to już mają mężów i dzieci, i w ogóle… Stroją się, na bale chodzą… – podpuszczał ją sprytnie.
Ziewnęła.
– I dzień w dzień muszą uśmiechać się do jakiegoś palanta, kłaniać mu się w pas i mówić: o tak, panie mężu – rzuciła z pogardą. – Brrrr… Nie dla mnie.
– Jasne – powiedział zgryźliwie strażnik. – Siedź tu sobie, siedź. Pewnie ci się wydaje, że ta placówka jest szczytem również moich marzeń.
– Obchodzą mnie twoje marzenia… – zadrwiła ostentacyjnie.
Nie odpowiedział.
Kropka rosła, zbliżając się, ujawniała szczegóły swojej tożsamości. Bez wątpienia, rycerz na koniu. Księżniczka popatrzyła z dezaprobatą. Przeszła na drugą stronę wieży, tę od jeziora.
– Te, Paskuda – zawołała głośno, wychyliwszy się przez okno. – Rycerz jedzie.
Nic się nie stało.
– Paskuda! – powtórzyła księżniczka. – Wstawaj! Micha! Podano do stołu!
Woda zabulgotała. Z gwałtownym plaśnięciem z głębiny wynurzyło się olbrzymie, zaspane oko, na wpół przykryte zieloną, chropowatą powieką. Załypało niepewnie, po czym jakby oprzytomniało nieco. Podążyło w górę, wyłaniając się z wody razem z drugim okiem i resztą potwornego pyska.
– Mniam? – zapytała Paskuda nieufnie.
– Tak, mniam – westchnęła księżniczka. – Znowu przywlokło jakiegoś łowcę przygód…
– Mniam! – zgodziła się z nagłym entuzjazmem Paskuda.
Wstała powoli, przeciągając się wśród ogłuszającego szumu przelewającej się wody. Ogromne, zielone, kostropate cielsko zachrzęściło, zazgrzytało. Paskuda z wyraźną przyjemnością rozłożyła błoniaste, podobne do nietoperzych skrzydła i spojrzała prosto w przedwiosenne słońce.
– Schowaj się, głupia! – ofuknęła ją księżniczka. – Jak cię teraz zobaczy, spierniczy, zanim zdąży zrozumieć, co widział. I na tym będzie koniec, po obiedzie, keine mniam, kapujesz?
Paskuda obrzuciła ją złym spojrzeniem, zanurzyła się jednak posłusznie.
– Ależ to głupie bydlę – skonstatował strażnik, stając na brzegu.
Oszkalowana nikczemnie bestia wynurzyła się na mgnienie oka i strzeliła w niego precyzyjnym strumieniem lodowatej wody. Strażnik zaklął pod nosem, przemoczony od stóp do głów.
– No, tak – powiedział wściekły. – Wygrała pani dzisiejszy konkurs w pluciu, gratulujemy. To bawcie się tu dobrze, miłe panie. Ja się idę przebrać. No i ogrzać, oczywiście.
– Idź, idź – rzuciła pogardliwie księżniczka z wysokości swojego okna. – I tak nigdy nie jesteś potrzebny. Paskuda wszystko załatwia sama, nie wiem, po co cię tu trzymają…
Zignorował przytyk. Zdecydowanym krokiem dotarł do swojej izdebki i zamknął się w niej.
Księżniczka postanowiła przystąpić do wypełniania obowiązków. Usiadła znów na parapecie.
– Po-mo-cy – wydeklamowała. – Ra-tun-ku.
Rycerz cwałował ku niej z zapałem. Najwyraźniej narzucił ostre tempo, był już bowiem całkiem nieźle widoczny.
Księżniczka przyjrzała mu się wnikliwie. Sylwetka owszem, niczego sobie. W siodle się trzyma prosto i pewnie. Wysportowany, znaczy się. Co do urody, trudno powiedzieć. Ten cholerny hełm prawie wszystko zasłania, niewiele widać, niestety. Chyba blondyn, bo to raczej nie słoma mu tam z tyłu wystaje… No i co poza tym: oczy ma, nos też, ręce ma, nogi ma… Do czasu, oczywiście. Jak to z rycerzami bywa.
– Po-mo-cy – westchnęła księżniczka z wysokości swego okna w wieży.
Pogrzebała lewą ręką w kuferku, wyciągnęła chusteczkę. Machnęła nią raz i drugi, dosyć niemrawo.
Rycerz był już całkiem blisko. Odsłonił przyłbicę, ukazując bardzo przyjemne oblicze.
– Uratuję cię, o pani! – zakrzyknął wzniośle.
– Czekam na to od lat! – odparła księżniczka, pilnując skrupulatnie, by w jej głosie nie zabrzmiała ani jedna nuta cynizmu.
Rycerz ukłonił się z siodła, zatrzymując konia pod wieżą.
– Oto i doczekałaś się, pani! – oznajmił pompatycznie. – Jam jest książę Gerneveral Trzeci, Dawca Sprawiedliwości, Wybawiciel Cierpiących, Opiekun Wdów i Sierot, Mściciel Krzywd Wszelakich…
Księżniczkę zemdliło. Zniosła jednak dzielnie całą litanię, nie zmieniając ani na jotę zachwyconego wyrazu twarzy.
Czy oni wszyscy muszą być tak głupi? – pomyślała. – Po co ci to, człowieku? Nie było innych chętnych księżniczek w pobliżu, czy co? A tak, to dołożysz sobie jeszcze jeden tytuł, szumny i dumny: Wyborny Obiad Niejakiej Paskudy…
Gerneveral skończył w międzyczasie swoją przemowę i spoglądał dumnie wzwyż, ku jej oknu. Uśmiechnęła się do niego obiecująco.
– Mości panie rycerzu – rzekła, trzymając się roli. – Uprzedzić cię jednak muszę, że pilnuje mię tu zwierz potworny a straszliwy… Wielu śmiałków los okrutny spotkał, w trzewiach jego żywot zakończywszy…
Przerwała, wzdychając ukradkiem. Ta oficjalna składnia zawsze zaczynała się w którymś momencie plątać. Wtedy lepiej było dać sobie spokój, przynajmniej na chwilę.
– Nie straszne mi zmory ni potwory! – zahuczał rycerz dumnie. – Przybądź, bestyjo! Nie będziesz dłużej tłamsić obecnością swą nadobnej niewiasty!
A ten najwyraźniej nie wie, kiedy przestać… – zauważyła księżniczka. – Już poplątał, ale będzie brnął dalej, założę się…
– Mniam?– ogłuszającym szeptem zapytała Paskuda, wyłaniając się nieco z wody.
Rycerz popatrzył na nią wyniośle, po czym nagle zbladł jak papier. Łydki zaczęły mu drżeć tak silnie, że koń obrócił ku niemu głowę z pełnym wyrzutu parsknięciem.
Gerneveral zaczął się pospiesznie zastanawiać. A może nadobna niewiasta przetrzymywana jest w wieży z jedynie słusznych i właściwych powodów? Może zasłużyła na ten los czynem jakowymś podłym i nikczemnym? Powinien był pierwej zapytać, a dopiero potem pakować się w te bezrozumne przechwałki. No cóż, teraz już za późno – pomyślał, wzdychając.
Spróbował otrzeć pot z czoła wierzchem dłoni, ale żelazna rękawica bynajmniej nie ułatwiła mu tego zadania.
– Nie dziwnym by mi było, gdybyście porzucili swój zamiar, panie rycerzu. – Księżniczka perfidnie nadepnęła mu na odcisk ambicji. – Zbyt wiele szlachetnych żywotów przerwały bezlitosne szpony owego potwora… – umilkła znów.
Zdecydowanie mi nie idzie to wzniosłe gadanie dzisiaj – stwierdziła w duchu ze złością. – Kompromituję się na całego. Ale cóż, ten i tak nikomu o tym nie powie, dureń bez cienia instynktu samozachowawczego. Właściwie, to tacy powinni ginąć, zanim jeszcze zdążą się rozmnożyć i obarczyć kolejne pokolenia taką głupotą.
– Uwolnię cię lub zginę, o pani – odparł rycerz. – To sprawa honoru! Niestety… – dodał w myślach.
Wydobył miecz. Popatrzył jeszcze raz w górę, na księżniczkę. Wcale a wcale nie wydawała mu się już nadobna. Wręcz przeciwnie.
– Mniam?– zapytała Paskuda z niecierpliwością w głosie.
– Mniam, mniam – potwierdziła Księżniczka, wzdychając.
Paskuda jednym skokiem wyprysnęła z wody. Kilkoma pospiesznymi uderzeniami skrzydeł wzbiła się w powietrze. Uśmiechnęła się do siebie po gadziemu. Uwielbiała ten moment, wiedząc, że wygląda właśnie teraz niesamowicie okazale i majestatycznie. Znieruchomiała w powietrzu z rozpostartymi skrzydłami.
Jak ona to robi? – pomyślała po raz tysięczny księżniczka z podziwem. – Jakby po prostu zatrzymała czas i zawisła w nim sobie, ponad górami, ponad słońcem, wygląda jak symbol, jak herb, jak sama śmierć…
Strażnik wyszedł ze swojej izdebki, przebrany już i opatulony kocem. Zmrużył oczy, popatrzył pod słońce, osłaniając oczy dłonią. On też uwielbiał oglądać Paskudę w akcji.
Gerneveral siedział na koniu, sztywno wyprostowany. Spojrzenie miał nieruchome, niczym w głębokiej hipnozie. Patrzył w twarz swojemu przeznaczeniu.
Jego koń najwyraźniej nie docenił artyzmu chwili. Z przeraźliwym rżeniem zaczął umykać w stronę zalesionych wzgórz.
Paskuda spikowała w dół, nieomalże natychmiast dosięgając konia z jeźdźcem. Zawisła nad nimi, po czym powoli, ostentacyjnie, poskrobała rycerza pazurem po pancerzu na plecach. Zarówno rycerz, jak i koń wrzasnęli, każdy po swojemu.
– To zołza – westchnął strażnik z dezaprobatą. – Droczy się i tyle.
– Głodna jest – pośpieszyła z obroną księżniczka. – To i wredna.
– Ano. – Strażnik nie miał ochoty na dalsze dywagacje.
Gerneveral skierował konia w lewo, potem w prawo, starając się wykrzesać z niego jakieś nieudolne uniki. Bezskutecznie, zwierz nie słuchał się go w ogóle i jak oszalały rwał do lasu. Rycerz zaczął gorączkowo rozważać następujący plan: gdyby tak zeskoczył i pobiegł w drugą stronę, może bestyja popędziłaby za koniem, jako za znacznie okazalszym kąskiem. Jasne, że to niehonorowo, ale pal licho honor, zresztą kto się dowie, ta cała księżniczka i tak nikomu nie powie, w życiu przecież nie wylezie z tej wieży, nie przy takiej obstawie… Postanowił zeskoczyć przy najbliższej okazji, czyli zaraz i to kurwa jak najszybciej!
Paskuda fruwała sobie nad nimi beztrosko. W uszach dudnił im jej gadzi śmiech.
– Dobra, mała, kończ to – powiedział strażnik z naganą w głosie. – Robi się niesmacznie.
Gerneveral wyjął obie stopy ze strzemion, szykując się do skoku. Było mu głupio, ale cóż, mówi się trudno. W końcu, trzeba wiedzieć, kiedy wstać i wyjść. Wtedy właśnie Paskuda jednym chrupnięciem przerwała wszelkie jego rozterki. Koń i człowiek wystarczyli na jeden chaps.
– Mniam – powiedziała Paskuda triumfalnie. – Mniam, mniam.
Usiadła wygodnie na błotnistej ziemi, popatrzyła w słońce z miną pełną błogości. Zachrupała czymś w gardle, odkaszlnęła.
– Wypluje chociaż miecz – powiedział Strażnik z nadzieją. – Zobaczysz, dzisiaj wypluje. Będę miał do kolekcji.
– Eee, nie – odparła Księżniczka z powątpiewaniem w głosie. – Za bardzo była głodna. Nic nie wypluje.
Paskuda wstała i poczłapała w kierunku jeziora. Tuż przy brzegu obejrzała się na nich.
– Mniam! – pochwaliła się z dumą w głosie.
– Byłaś super – przymilił się strażnik z przekonaniem. – Jak tam gardziołko, nic cię nie uwiera? Jakiś miecz na przykład, co? Może lepiej wypluj…
Paskuda popatrzyła na niego z pogardą i zanurzyła się w lodowatej wodzie jeziora. Niczego nie wypluła. Strażnik pogroził jej pięścią.
– No i umrę dziewicą – westchnęła księżniczka bez nadmiernego żalu w głosie.
Strażnik popatrzył w górę, kiwając głową.
– Wiesz, z chęcią bym ci pomógł rozwiązać ten problem, naprawdę – powiedział współczująco. – Ale mi nie wolno.
– Tak, tak – zgodziła się Księżniczka. – Wiem. Dzięki, stary.
– Nie ma za co. – Zadarł głowę i uśmiechnął się do niej. – Tylko już nie pluj, dobrze?
– Dobrze – obiecała.
Oboje wiedzieli, że absolutnie nie zamierza dotrzymać słowa.
Zapatrzyli się w otaczający ich krajobraz, wciąż ten sam. Westchnęli znów. Strażnik obszedł wokół wieżę powolnym krokiem, uważnie zlustrował jezioro.
– Paskuda śpi – powiedział niby obojętnym tonem. – Na pewno.
– Aha – odpowiedziała, równie obojętnie. – To co, zagramy? – zaproponowała.
Strażnik ochoczo pokiwał głową. Podniósł z ziemi kawałek piaskowca i z ożywieniem zaczął bazgrać coś na murze. Spojrzał w górę, oceniając ewentualny kąt widzenia z okna księżniczki. Nie, chyba nie będzie mogła podglądać.
– Duża rozgrywka czy mała? Na dziesięć jot czy dwadzieścia es? – spytała księżniczka, mażąc po ścianie swojej komnaty kredką do oczu.
– A, chodźmy na całość – zaproponował Strażnik. – Na dwadzieścia es.
– Się robi – zanuciła pod nosem, kończąc rysować planszę. – No, zaczynaj. Ależ oberwiesz dzisiaj, mój panie. Chciałam powiedzieć: kacie, oprawco!
– Pięć ce – strzelił na pewniaka strażnik, od lat znając jej ulubione miejsca. – I co ty na to?
– Trafiony, zatopiony – powiedziała szczerze zmartwiona księżniczka.
Słoneczko przygrzewało coraz mocniej, a oni grali.
Cóż począć, sama nuda.